15 Maj2009

SCHETYNA: DOBRZE MI SZŁO STRZELANIE DO KACZEK

Czy śmieszy go Czesio z "Włatców móch", czy staje przed lustrem w białej, rozpiętej koszuli i mówi do siebie: "Grzesiek, ale z ciebie ciacho", dlaczego nie został taksówkarzem i czemu handlował kanapkami na widowni Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Po



DOBRZE MI SZŁO STRZELANIE DO KACZEK

 
Grzegorzem Schetyną rozmawia Robert Migdał
(fot. Grzegorz Hawałej /Polska  Gazeta Wrocławska)




Mówił Pan, że największą Pana wadą jest spóźnianie się, a tu proszę: przychodzi Pan punktualnie...

Kiedyś nigdy się nie spóźniałem i zawsze starałem się przychodzić na czas. A teraz zdarza mi się spóźniać, niestety nie wszystko da się zaplanować w mojej pracy. Staram się być punktualny, jak widać (śmiech).

A oprócz spóźniania ma Pan jakieś wady?

Nie (śmiech)

Nie wierzę!

(śmiech) Mam dużo wad, ale jak każdy człowiek, a szczególnie polityk, ukrywam je, chowam, wciskam gdzieś tam głęboko.

Bo ktoś mógłby je wykorzystać...

...bo polityka to jest wyzwanie, współzawodnictwo, pewnego rodzaju sport. Są partnerzy, są ludzie tworzący jedną drużynę i są przeciwnicy. I ci przeciwnicy mogliby moje wady wykorzystać.

Tylko nie o polityce, proszę...

Dobrze. Więc powiem tak: Jestem normalnym człowiekiem, więc mam wady

Pana znajomi mówią, że jest Pan życiowym optymistą.

Jestem optymistą i nie lubię pesymistów. Nie lubię takich ludzi, którzy szukają czarnych scenariuszy, patrzą, co się może nie udać. Zawsze mówię, że moja szklanka jest do połowy pełna, a nie do połowy pusta. Jeżeli ktoś piętrzy przeciwności, myśli o rzeczach, które mogą się nie udać, podkreśla złe strony spraw, to ja nie lubię z kimś takim pracować. Bo z takimi ludźmi mało co się udaje. A ja lubię, jak się udaje.

Wampiry energetyczne nie mają szans w Pana otoczeniu?

Nie, nie mają.

Zarażają złymi emocjami. Robią złą atmosferę. Jak ma Pan trudną, podbramkową sytuację, to zagryza zęby i do przodu?

W piłce nożnej, kiedy mam podbramkową sytuację, to strzelam (śmiech). W moim życiu, w mojej pracy jest podobnie: trzeba podejmować decyzje. Dobre i szybkie decyzje. A przy tym mieć intuicję i szczęście.

Żyje Pan tym, co jest teraz i co będzie, czy patrzy Pan w przeszłość?

Zawsze trzeba pamiętać o tym, co było. Niektórzy mówią, że dobra pamięć jest moją największą wadą: za dużo rzeczy pamiętam...

Jest Pan pamiętliwy?

(śmiech) Są tacy, którzy tak mówią. Staram się jednak nie być pamiętliwy. Uważam, że ludzie zasługują - nie mówię tu tylko o polityce, ale o zwykłym życiu - na drugą szansę. Każdemu mogą się zdarzać błędy, szczególnie, kiedy jest się młodym. Młodzi wszystko wiedzą najlepiej, podejmują często złe decyzje i przegrywają. Ja staram się dawać drugą szansę. Znam wielu ludzi, którzy świetnie potrafili ją wykorzystać i wyciągnąć wnioski z błędów.

Pamięta Pan największy błąd, który popełnił w życiu?

(śmiech) Nie mamy aż tyle czasu na wywiad. Wiele błędów popełniłem, wiele.

Jakieś błędy życiowe Grzegorza Schetyny, a nie polityka, nie wicepremiera...

Błądzę, mylę się, jak każdy człowiek. Ale nie ma takiej jednej rzeczy, którą bym sobie teraz, w tej chwili, od razu przypomniał. Uważam się za człowieka szczęśliwego, spełnionego. Jest mi dobrze. Jestem szczęśliwy: mam rodzinę, dom, mieszkam we Wrocławiu, co prawda tylko półtora dnia w tygodniu, ale to zawsze coś. Nie, nie ma takiej rzeczy, której żałuję. Nie ma czegoś takiego, że mogłem coś zrobić, a nie zrobiłem.

Pana znajomi, przyjaciele, mówią, że jest Pan bardzo wesołym człowiekiem.

Bardzo to może nie (śmiech), ale lubię się śmiać. Lubię mieć dystans do tego, co się dzieje, bo takie nadęcie i zadęcie źle człowiekowi robi. Zwariowałbym bez poczucia humoru.

Z czego lubi się Pan śmiać?

Powinienem powiedzieć, żeby to dobrze wyglądało, że z siebie, ale tak szczerze to z siebie nie za bardzo lubię się śmiać (śmiech). Lubię śmiać się z dowcipu sytuacyjnego, z dobrego dowcipu politycznego, ze starych filmów, z braci Marx, z polskich komedii lat 70...

Z filmów Stanisława Barei?

O tak, z Barei. Lubię ludzi pogodnych. W życiu trzeba szukać powodów do uśmiechu. Powtarzam sobie, że zawsze trzeba szukać jasnej strony życia. Wolę szukać powodów do uśmiechu niż powodów do zmartwienia. Dla mnie jest ważne, żeby zachować normalność, zwłaszcza w tym, czym się zajmuje na co dzień.





Takie proste walenie tortem w twarz Pana śmieszy?


Czasami (śmiech), ale nie walenie tortem jest tu najważniejsze. Podoba mi się cała konstrukcja komedii.

A inne filmy, które robią na Panu wrażenie? Słyszałem, że jednym z ulubionych jest "Gladiator".

W tym filmie najbardziej podoba mi się jedna scena: przygotowania do bitwy. To może trwa dwie, trzy minuty, ale ten fragment jest dla mnie genialny. I przez tę scenę podoba mi się cały film. Czasami podoba mi się jakiś fragment książki czy rozmowa między dwoma bohaterami, i choć czytałem tę książkę lata temu, to pamiętam ją do dzisiaj. Bo życie składa się z kawałków, z części - trzeba je tylko dobrze ułożyć.

Ze "Shreka" też Pan się śmiał...

Śmiałem się z pierwszej części. Ze świeżości, z takiego nowego spojrzenia na film, na bajkę, z dubbingu, ze Smoczycy... (śmiech).

Niektórych śmieszą "Włatcy móch" i główny bohater, Czesio, ze swoim "dzień dobry", które mówi piskliwym głosikiem...

No tak (śmiech), mnie też Czesio śmieszy. Nigdy nie zdradziłem kulisów tego, jak wyglądała ta sytuacja, gdy odpowiedziałem "dzień dobry" i to poszło do internetu. To było na konferencji prasowej w Zgorzelcu. Jednemu z operatorów kamery przez cały czas włączał się w komórce dźwięk: Czesio, który mówi "dzień dobry". Nie ściszył telefonu. To była poważna konferencja, chodziło o miejsce na ośrodek pojednania: czy może on stanąć w Zgorzelcu. I kiedy za czwartym razem, podczas mojej wypowiedzi, usłyszałem głos Czesia dobywający się z komórki, jak zawodzi to swoje "dzień dobry", to odpowiedziałem mu "dzień dobry". Telefon został wreszcie ściszony.

A sypie Pan anegdotami w towarzystwie?

Nie, ale lubię słuchać. Uwielbiam się śmiać z dobrych dowcipów.

Pamięta Pan taki, który ostatnio słyszał, taki, który Pana rozbawił?

Niestety, nie mam pamięci do dowcipów, ale niektórzy mają jeszcze gorszą niż ja. Radek Sikorski (minister spraw zagranicznych - przyp. red.) opowiadał mi tydzień temu naprawdę śmieszny kawał. I po paru dniach spotkaliśmy się i mówię do niego: "Powiedz mi go jeszcze raz, bo nie mogę sobie przypomnieć". A on mówi: "Ja też nie pamiętam"...

Pana życie to tylko praca - dom, dom - praca, czy też ma Pan czas na przyjemności? Na wyjście z kolegami, wyluzowanie się...


W tygodniu nie mam nawet czasu, żeby pójść do kina. Filmy oglądam tylko w weekendy. Jedyne, na co staram się znaleźć czas, to bieganie i gra w piłkę nożną: żeby odreagować stres, żeby wyskoczyć z tego politycznego sosu choć na chwilę. Niektórzy tak robią, że siedzą w polityce 24 godziny na dobę. Ale wtedy można zwariować... Ja zawsze czekam na urlop, ale nie mam szczęścia, żeby go przeżyć w całości.

Gdy ma Pan wolne, nie wyłącza Pan telefonu, nie mówi: "Słuchajcie, nie ma mnie, odpoczywam"?


To nie jest możliwe. Taka praca. Można się tylko modlić, żeby w trakcie urlopu telefon nie zadzwonił, że trzeba wracać. Można się do takiego życia przyzwyczaić. Nie mówię: "ooo, jakie to straszne, tu urlop, a do mnie wydzwaniają". Da się z tym żyć. Ale mam jeden dzień w tygodniu, kiedy jestem we Wrocławiu, żeby naładować akumulatory, wtedy staram się nie myśleć o pracy.

A ja myślałem, że Warszawa, stolica, daleko od domu, można z kolegami na piwo pójść...

Nie można. Paparazzi zdjęcia robią (śmiech).

No tak, trzeba się pilnować. To wizyta w lokalu ze striptizem też odpada?

Takie zdjęcia to by była dopiero sensacja.

Do domu stara się Pan przyjeżdżać co weekend?

Staram się być co tydzień.

Córka i żona nie narzekają, że cały czas nie ma Pana w domu?

To już parę lat trwa, więc się przyzwyczaiły. Najtrudniej jest przyjechać do domu, do Wrocławia, i nie być w tym domu. Bo na przykład muszę gdzieś wyjść na pół dnia, coś załatwić. Staram się więc, jak już jestem w domu, być tylko dla rodziny.

I wtedy jest Pan takim domatorem: dres, kapcie, rozmowy z żoną, córką...


No, to już widzę, jak się cieszą na słowa: "Podaj, kochanie, piwo i zaczekaj chwilę, bo tu chłopaki piłkę kopią...

...piwa nie piję.

No nie! Czerwone wino do meczu? Czyli Schetyna - domator.


(śmiech) Ja nigdy nie byłem domatorem. Siedzenie w domu mnie męczyło, wydawało mi się, że cztery ściany mnie ograniczają. A teraz jestem stu-, ba, dwustuprocentowym domatorem. Uwielbiam usiąść w fotelu i czytać gazety regionalne z całego tygodnia. Kręcę głową, dziwię się, oglądam regionalną telewizję, czytam informacje z ostatnich siedmiu dni, tak jakbym wyrównywał raz na tydzień swoją wiedzę o Dolnym Śląsku, o Wrocławiu. Cały czas czuję się bardzo związany z tym miejscem. To nie jest coś, co robię z obowiązku, ale z autentycznej ciekawości.

Z żoną jest Pan 26 lat.


Ooo... trochę więcej. Przed ślubem się spotykaliśmy. Poznaliśmy się 5 listopada...

O, proszę, datę nawet Pan do dzisiaj pamięta?

No widzi Pan, pamiętam (śmiech).

Jak cudownie, że choć jeden facet pamięta ważne dla związku daty...


(śmiech).

Jesteście zgranym małżeństwem?

Myślę, że tak, ale trzeba zapytać też o to żonę.

To jaka jest Pana zdaniem recepta na udany związek? 26 lat ze sobą wytrzymać to już coś. Nie każdemu udaje się nawet połowa z tego.


Tu też trzeba żonę zapytać, bo ja mam niełatwy charakter. Szukam ludzi, którzy są otwarci, potrafią słuchać, są spokojniejsi ode mnie.

Jest Pan niecierpliwy?

Kiedyś byłem bardzo niecierpliwy. Ale ludzie się zmieniają, więc ja też się zmieniam. Z czasem uspokoiłem się, nabrałem dystansu do świata i dzięki temu wszystko mi przychodzi dużo łatwiej. Kiedyś przez tę moją zapalczywość wydawało mi się, że wiele rzeczy trzeba zrobić "już". A teraz wiem, że na wszystko musi przyjść swój czas. A wracając do rodziny. Dom, rodzina to jest wyzwanie dla dwojga: ono trwa cały czas, całe życie.

Pana znajomi mówią, że Pan jest takim ogniem w związku a Pana żona wodą, która go hamuje, otrzeźwia w wielu sprawach.

Tak było kiedyś. Teraz jestem bardziej spokojny, zdystansowany. Ale na pewno mamy różne charaktery.

Dobraliście się na zasadzie przeciwieństw?

Myślę, że tak.

A w domu kto rządzi?

Żona z córką i psem. One są i głową, i szyją. Jak na przykład mamy jakieś inwestycje domowe, to ja oczywiście jestem powiadamiany, co się dzieje, ale nie inicjuję tych rzeczy.

Wszystko jest na ich głowie przez cały tydzień: i rachunki, i zakupy, i sprzątanie...

Tak i to trzeba uszanować: tam, gdzie jest odpowiedzialność, tam są i decyzje. To wszędzie się sprawdza.

Ma Pan jedną córkę...


Tak, jedyną. Zdaje teraz maturę.

Stresuje się Pan z tego powodu?

Wierzę w nią, wiem, że będzie dobrze. Denerwowałem się moją maturą, szczególnie matematyką. Córka jest w tej szczęśliwej sytuacji, że nie musi matematyki zdawać obowiązkowo.

Miał Pan problemy z matematyką?

Tak, ale na maturze napisałem prawidłowo wszystkie zadania, co dla mnie samego i dla mojej matematyczki było szokiem.

Pewnie Pan ściągał...

Nie, sam napisałem. Nie musiałem ściągać. Cuda się zdarzają (śmiech).

Kiedy córka pisała maturę, to stał Pan przed szkołą?

Byłem, stałem. Zawiozłem ją na egzamin, odebrałem. Opowiadałem też córce o swojej maturze. Mówiłem jej: " Może być tak, że jak zobaczysz swoje pytania, to nie będziesz umiała na nie odpowiedzieć. Będziesz miała w głowie kompletną pustkę. Wtedy musisz się uspokoić, bo to znaczy, że wszystko jest w porządku, że to tylko stres, który minie". Ja na swojej maturze miałem to samo. Pisałem o Kochanowskim, na którego wszyscy czekaliśmy, i jak zobaczyłem pytania, to nic nie wiedziałem.

Natalia jest Pana oczkiem w głowie?

Tak jak córka dla każdego ojca.

To jej przyszli narzeczeni będą mieli...


...źle będą mieli (śmiech).

Bo będzie Pan ich pewnie testował, mówił: "A ten nie taki, tamten będzie lepszy...

Natalia jest mądra i wie, co robi.

Wiele osób, które o Pana pytałem, mówią jedno: "Grzegorz Schetyna wzbudza strach".


Mówią tak konkurenci polityczni.

Z czego to się bierze?

Pewnie jest tak dlatego, że ja twardo traktuję pewne sprawy. Jestem konsekwentny, stanowczy. Wiem, że sam nie zdziałam wiele, że ważny jest zespół ludzi, z którymi pracuję. Nie można wszystkiego samemu ogarnąć. Trzeba mieć dobrych pracowników, zastępców. Wierzę w zespołową grę, nie wierzę w jednoosobową odpowiedzialność. Ale kiedyś miałem bardziej twardą rękę. I ta opinia ciągnie się za mną, a ja jakoś szczególnie nie chcę jej zrzucić z pleców. Przecież nie powiem, że mam gołębie podejście do ludzi, że "pogadamy, będziemy się przekonywać". W to nikt by nie uwierzył.

Ale to głównie mężczyźni mówili, że Schetyny trzeba się bać. Kobiety natomiast mówiły całkiem coś innego...

...to akurat dobrze (śmiech).

...mówiły na przykład: to przystojny facet.

Aż tak?

Pan nigdy nie staje przed lustrem, w rozpiętej, białej koszuli i nie mówi do siebie: "Grzesiek, ale z ciebie ciacho"?

Nie, tak nie robię (śmiech). To nie jest w moim stylu.

Ale o sylwetkę Pan dba: biega, gra w piłkę...

Piłkarzem jestem raczej nieudolnym...

Takim nieudolnym to Pan chyba nie jest. Bez fałszywej skromności.

Uczę się.

Zmieniłby Pan u siebie coś w wyglądzie?


W polityce wygląd jest ważny, ale nie najważniejszy. Dla mnie jest ważna autentyczność. Mogę zmieniać swój charakter, ale żebym sobie zafarbował włosy na blond albo sobie coś przeszczepił na głowie, to nie. Polityka nie jest uważana za prawdziwą. Jeżeli politycy jeszcze bardziej by zakłamywali rzeczywistość, na przykład zmianami w swoim wyglądzie, to odchodziliby od oczekiwań ludzi.

Na solarium więc Pan nie chodzi?

Nie, nie chodzę.

Zrzucać Pan kilogramów też niema zamiaru, na przykład przed kampanią?

Ja się dużo ruszam i dzięki temu dużo zrzuciłem. Tyle, żeby się dobrze czuć.

Poza piłką nożną, koszykówką, nartami wskakuje Pan też czasem na rower?

Jeżdżę. Lubię jeździć. Bardzo mnie to uspokaja. Znajomi się dziwią: "Jak ty możesz wytrzymać na dwóch kółkach?" Ale uprawiam tylko jeżdżenie rekreacyjne, żadne wyczynowe.

Strzelał Pan kiedyś z broni?

Strzelałem, w szkole, w klubie Gwardia Opole.

A myślistwo jako sport?


Nie, strzelania do zwierząt nie mógłbym przeżyć.

Rozumiem, że gdyby musiał Pan strzelać do kaczek, toby serce bolało...


(śmiech) Grałem kiedyś w taką grę komputerową: "Strzelanie do kaczek". Do końca życia będę to pamiętał, bo mi bardzo dobrze szło.

Czemu swojego psa nazwał Pan Pirania?


Już z takim imieniem przyszła. Z dobrym charakterem. Pies musi mieć dobry charakter.

"Jaki pan, taki pies"?

Tak, ma dobry charakter, jak moja żona i moja córka (śmiech).

Ma Pan swój ideał kobiety?

Politycy zawsze mówią: "moja żona".

A Pan jak odpowie?

Szczupła, wysoka blondynka. Taka, która daje mężczyźnie poczucie bezpieczeństwa, jest partnerem, z którą można znaleźć kontakt, można mieć takie samo spojrzenie na pewne rzeczy. Ale nie taka, która się na wszystko zgadza. Która, jak trzeba, zwróci na coś uwagę, która potrafi słuchać.

Kobiety, jak patrzą na mężczyzn, to zwracają uwagę na dłonie i pośladki. A Pan jak patrzy na kobiety, to na co zwraca uwagę?

Na oczy, na... wszystko. Tak jak mężczyzna patrzy na kobietę. Dla mnie bardzo ważny jest też głos. Mam radiowe doświadczenie (był założycielem Radia Eska we Wrocławiu - przyp. red.) i jak kobieta ma radiowy głos, to zwracam na to uwagę. Mówię wtedy do kolegów: "Posłuchaj, jaki ona ma radiowy głos".

Radio w Panu ciągle siedzi, koszykówka też?

Też, to są przecież takie rzeczy, które mnie tworzyły (był właścicielem koszykarskiego Śląska - przyp. red). Dawały doświadczenie, pozwalały zbudować nowe spojrzenie na życie.

A z tych sportowych, męskich rzeczy lubi Pan szybką jazdę samochodem?

Luuuuuuubię jazdę, ale szybkiej nie (śmiech).

Ile na liczniku?

30 na godzinę (śmiech).

Tak, bo akurat uwierzę: 50 po mieście, 90 poza miastem. Słyszałem, że nie lubi Pan jeździć z szoferem, tylko chce sam prowadzić.

Uwielbiam prowadzić auto sam. Dobrze się czuję w samochodzie. Gdy siedzę za kierownicą, mam poczucie wolności. Może to się bierze też z tego, że lubię się przemieszczać, lubię podróżować. Ze mną jest tak, że odpoczywam podczas jazdy. A jak jeszcze jest za oknem coś ciekawego, dobra droga...

No tak, a teraz jak jeszcze "schetynówki" powstaną, to będzie się jeździć jeszcze lepiej...


(śmiech) To będą bardziej odcinki i miejsca na drogach, które będą poprawiać bezpieczeństwo.

Ma Pan jakieś punkty karne na koncie?

Teraz nie, ale kiedyś miałem.

Za co?


Nie powiem. Nie wypada, żeby konstytucyjny minister, odpowiedzialny też za policję, chwalił się takimi rzeczami (śmiech).

Mówi Pan, że jazda samochodem Pana uspokaja. To może trzeba było jednak zostać taksówkarzem. Słyszałem, że miał Pan takie plany.

Jak kończyłem studia, był 1987 rok. Mój ojciec był nauczycielem, rodzice nie byli w partii, ba, byli mocno antykomunistycznie nastawieni. Mówili mi: "Kłopoty są z milicją, ty żadnej sensownej pracy nie dostaniesz". I podjęli decyzję, że dadzą mi swój samochód, żebym zarejestrował się jako taksówkarz. Chcieli, żebym pracował na swoim. Ale komuna zaczęła skutecznie upadać i nie zostałem taksówkarzem.

A o tym, żeby zostać nauczycielem, Pan nie myślał? Przecież skończył Pan studia historyczne.

Myślałem i o uczelni i o pracy w szkole. Ale jak skończyłem studia, a komuna się przewracała, poszedłem do pracy w urzędzie wojewódzkim. I wszystko się przede mną otworzyło. Marszałkowie Napoleona mieli po 28 lat i ja byłem młody... (śmiech).

Teraz jest maj. Co trzeba w ogrodzie teraz zrobić?


Włączyć podlewanie...

Pytam, bo był Pan ogrodnikiem, gdy wyjechał na saksy do Kanady.

Ogrodnikiem to dużo powiedziane. Budowaliśmy parki: układaliśmy trawę, sadziliśmy drzewa przy halach sportowych i hipermarketach. To była ciężka, fizyczna praca. Bardzo trudna. Po 12 godzin dziennie. Nie jestem więc ogrodnikiem, który tu coś przytnie, tu coś przesadzi, modeluje krzewy...

Nie chwyta Pan za cebulki tulipanów, nie przycina drzewek?

Nie, u mnie była łopata i kopanie dołów. Już nigdy więcej tak ciężko jak wtedy w Kanadzie nie pracowałem. Zobaczyłem wtedy, co to jest kapitalizm.

Ale jak się za młodu zazna ciężkiej pracy...

To dobrze robi. To jest potrzebne, bo to jest szkoła charakteru. Wtedy widać, kto wymięka, kto daje radę, jak jest ciężko. Jak ktoś narzeka, że mu jest ciężko, to mówię: "Idź do fizycznej pracy, to zobaczysz".

Lubi Pan śpiewać?

Czasami.

A jak już Pan zacznie, to pies ucieka?

Pies już się przyzwyczaił (śmiech)? Śpiewam w kościele, śpiewam, gdy gra reprezentacja... (śmiech). Lubię słuchać śpiewu, lubię operę, koncerty rockowe, uwielbiam zespół U2. Śpiewam w samochodzie: gdy słucham radia, to nucę te piosenki, które akurat lecą. Lubię muzykę lat 80., zespół TSA.

Dlaczego Pan śpiewa w samochodzie?


Bo nie chcę ludzi straszyć, a w aucie zazwyczaj jestem sam (śmiech).

A przy goleniu?

Przy goleniu nie mam czasu. Zawsze szybko się golę, bo się nie chcę spóźnić.

Nie dziwię się, że lubi Pan śpiewać. W końcu urodził się Pan w Opolu, w stolicy polskiej piosenki...

Chodziłem na festiwale, pamiętam je. Nawet kilka razy pracowałem przy festiwalach, żeby sobie dorobić jeszcze jako uczeń. Pierwszy raz w 1979, potem w latach 80. Pamiętam, jak Zenon Laskowik miał wtedy na scenie swój słynny show "Z tyłu sklepu" - to już dziś historyczne przedstawienie. A ja wtedy chodziłem wśród publiczności, między rzędami i sprzedawałem lody, kanapki.

A opera? Ma Pan swój fotel w operze? Wystarczy zapłacić pięć tysięcy złotych i na jednym z foteli umieszczą tabliczkę z imieniem i nazwiskiem darczyńcy.


Nie lubię ostentacji. Nie potrzebuję swojego nazwiska na fotelu. Ale na stadionie we Wrocławiu przy ulicy Oporowskiej mam swoje ulubione miejsce, na którym siadam. Też bez nazwiska.

Mówi Pan, że lubi śpiewać w kościele. Jest Pan osobą wierzącą?


Tak.

A z siedmiu grzechów głównych, który Pan popełnia najczęściej?


Pycha.

A inne?

To jeszcze lenistwo i gniew. Mam nadzieję, że dostanę za to rozgrzeszenie...



Na podstawie: POLSKA GAZETA WROCŁAWSKA